[riposta na bezstresowe wychowanie]

przed chwilą doznałam potężnego zdenerwowania. gdyż niestety trafiłam na mej lubej Frondzie na blog pana Dariusza Zalewskiego i na notkę, w której zapytuje, czy można dziecko wychować bez karania. przeczytałam raz dwa i oczywiście potwierdziły się moje przewidywania co do treści – uzasadnienie dobroczynności klapsów. a ja chyba tutaj niestety [jak dla kogo] należę do ‘nowoczesnych’ i ‘lewicowych’ pedagogów, którzy absolutnie są przeciwni biciu. może mi ktoś powiedzieć, że się naoglądałam za dużo Super Niani. albo, że studiuję lewicową pedagogikę na UW. tyle, że owszem, Super Nianię lubię, ale nie studiuję na UW. i wciąż, na tej mojej katolskiej uczelni, uczą mnie, że dzieci się nie bije.

” (…)w praktyce nie da się “wpajać zasad” (czy szerzej – wdrażać do konkretnych sprawności) bez stosowania środków przymusu, czyli pewnych form karania.” – pisze już na początku pan Zalewski. i już tu się nie zgadzam. bo myślę, że się da, choć może faktycznie niekoniecznie u dzieci. czy jednak ma pan zamiar ogółowi ludzkości wpajać zasady przez przymus? bo to mi zakrawa na jakiś totalitaryzm. oczywiście jednak przestaję się czepiać, bo wiadomo, że chodzi o dzieci, a więc owszem, zgadzam się, że do pewnego wieku przynajmniej się nie da w istocie. bo faktycznie nie jest tak, że mamusia powie dwulatkowi ‘nie kłam’ a dwulatek ochoczo zostanie bardzo prawdomównym dzieckiem. nie zostanie prawdopodobnie. to, że dzieciaki zasad nie przyjmują uzasadnia pan tym, że natura ludzka jest skażona buntem. filozoficznie nieco i choć jestem zdeklarowaną wielbicielką filozofii od czasu, gdy ją zaczęłam poznawać, to ja bym jednak sięgnęła po nieco bardziej naukowe wyjaśnienia. psychologia rozwojowa na przykład. Piaget. czemu dwulatek kłamie? bo nie potrafi spojrzeć na świat z perspektywy innej niż swoja i dlatego kieruje się własnym dobrem. zawsze. i tłumaczenia rodziców, że babci jest przykro jak ją okłamuje żeby wyłudzić cukierka nie trafią do niego, bo on ma tylko swojego cukierka i swoje dobro. i owszem, natura ludzka wymaga jak pan to nazywa, przeorania kulturą, usprawniania i uświęcania. czyli wychowania. bo nikt się z natury wychowany nie rodzi. a doskonalenie powinno być naszym celem przez całe życie.

wpajanie zasad w przypadku dzieci faktycznie z dużym prawdopodobieństwem będzie wymagało jakiegoś przymusu. ale, proszę wybaczyć, wrzucanie w tym momencie bicia i innych kar, ogólnie nazwijmy je ‘timeout’ [polska nazwa nie do końca dobrze oddaje sens - chodzi o odesłanie dziecka w miejsce, gdzie w samotności będzie musiało się uspokoić, odbyć karę, takie swoiste odstawienie od przyjemności na pewien czas, skoro oglądał pan Super Nianię z pewnością pan rozumie], do jednego worka, to moim zdaniem jest zwykła manipulacja. co ma na celu? ośmieszenie zwolenników niebicia, czyli tym samym pokrętne dowiedzenie, że bicie jest dobre.

dalej pisze pan o nastolatkach – tu bunt jest już osławiony, każdy wie, jaka to katorga wychowywać nastolatka. i tu też proponuje pan bicie. ba, twierdzi pan nawet, że niejeden nastolatek będzie to wolał od zakazu wyjścia na dwór. może i tak. tylko, że bijąc nastolatka nie wychowa go pan na dobrego mądrego człowieka. co najwyżej na zastraszonego kombinatora [kombinuje, bo jest tylko wytresowany biciem - zrobi źle, to go zaboli - a nie nauczony dobra], albo agresywnego człowieka, który też będzie bił – może pan mówić, że to nieprawda, każdy w praktyce przekona się sam. pomijam już aspekt tego, że kontakt z takim dzieckiem będzie zerowy.

pedagogika poradnikowa może i dopuszcza szantaż i groźby. jak pan się chce w wychowaniu opierać na poradnikach to tylko pogratulować. niech się pan też odchudza z telezakupami Mango i leczy z cudownymi preparatami z Teletygodnia.

szantaż i groźby też niczemu nie służą. wychowaniu służy miłość. i nie, miłość nie zakłada, że dziecku wszystko wolno. miłość wymaga. ale nie poniża.

Super Niania nie grozi. nie na tym polega ta metoda. polega na tym, żeby ostrzec dziecko, że jego zachowanie jest niepożądane – czyli dać mu szansę na poprawę. a później ukarać. naprawdę, odstawienie do kąta [bez krzyków, klapsów i nerwów] to nie jest przemoc. później trzeba dziecko odpowiednio długo w tym symbolicznym kącie utrzymać. a później powiedzieć mu, co zrobiło źle, nawet jeśli jest dwulatkiem i nie zrozumie natychmiast. dziecko dostanie wyjaśnienie – czemu nie wolno, a tym samym przyswoi pewną zasadę – z początku dlatego, że będzie chciało uniknąć kary, ale z wiekiem zrozumie. dostanie granicę. będzie wiedziało, jak daleko może się posunąć. nauczy się jakie zachowanie jest pożądane, a jakie niepożądane. tak samo pana, jako dorosłego traktuje społeczeństwo. ma pan ostrzeżenie – jak pan ukradnie batonika, to pójdzie pan do więzienia. i jeśli ukradnie pan batonika, to pójdzie pan do więzienia. wiedząc dlaczego. jakby się pan czuł, gdyby ktoś do pana podszedł na ulicy i skopał pana do nieprzytomności za nie wiadomo co? wie pan już czego ma nie robić na przyszłość? został pan wychowany. a może woli pan wersję – podchodzi drech i obijając panu twarz krzyczy ‘to za mojego batonika!’?

bicie niczego nie uczy, oprócz strachu. nie sprawia, że uczymy się, że nie wolno kraść. niech pan spojrzy wstecz, na historię, na ustroje opierające się na przymusie fizycznym. myśli pan, że w mikroskali jest inaczej? bicie odbiera godność. a chrześcijaństwo podkreśla godność ludzką przy każdej okazji.

a jakie bicie pan woli? takie raczej w afekcie? tatuś wpada w szał i wymierza razy pasem? dziecko uczy się tego, że tatuś nie jest oparciem, nie jest skałą, nie jest bezpieczeństwem, bo traci kontrolę nad sobą, nie można na nim polegać, bo nie wiadomo, co może zrobić. czy może raczej takie na zimno, egzekucja? rodzice się naradzają, przychodzą do pokoju, każą się kłaść na tapczanie i wymierzają 10 klapsów za uderzenie brata, a 15 razów kablem od żelazka za wybicie szyby sąsiadowi? dziecko uczy się tego, że rodzice są groźni, świat ogólnie jest groźny. a czy uczą się tego, żeby nie bić brata? chyba raczej, żeby następnym razem pobić tak, żeby rodzice się nie dowiedzieli.

nie jestem lewakiem, ani liberałem, ani wolnościowcem, ani pacyfistą, ani ekologiem. ale wiem, że wychowanie bezstresowe nie polega na tym, żeby kar nie było. tylko na tym, żeby dziecko miało granice, poczucie bezpieczeństwa i miłość. kary też się tu przydają. ale nie te, które tresują. dzieci to nie zwierzęta.

jestem mamą i przyszłym pedagogiem, dopiero przyszłym, dlatego nie wiem czy w ogóle mam prawo nie zgadzać się z panem, autorem książek i poważnym człowiekiem. ale szlag mnie trafia jak czytam takie kłamstwa. manipuluje pan faktami, nie wiem czy rozmyślnie czy z braku wiedzy. może przydałoby się poczytać jeszcze trochę? tylko coś trochę mądrzejszego?

[ono]

przy okazji ostatniej wizyty w szpitalu na parapecie izolatki odnaleźliśmy jakiś zapomniany numer gazety dla nowoczesnych rodziców, bodajże ze stycznia tego roku. a ponieważ jak wiadomo, szpitale nie należą do najbardziej rozrywkowych miejsc zabraliśmy się oczywiście za czytanie. na końcu numeru – felieton autorstwa pani Passent, czytamy, całkiem całkiem, o tym jak to synek tej pani, dwuletni chyba, myli rodzaje i mówi o sobie jakby był dziewczynką. podobno w tym wieku to normalne. w pewnym momencie rzeczonego felietonu odczułam jednak, że zmierza on w jakąś dziwną stronę – bo oto mama dwulatka, zamiast rozważać w jaki sposób nauczyć dziecko, kim jest, zastanawia się… czy w ogóle powinna to robić.

o podobnej sytuacji czytałam już parę miesięcy temu [więc biorąc pod uwagę, że gazeta była ze stycznia mogło się to pokrywać czasowo], doniesienia ze Szwecji – rodzice ukrywają przed całym światem płeć swojego dziecka, po to, by miało ono prawo wyboru. wtedy wydawało mi się, że można to zrzucić na karb specyfiki narodowej – szwedzki homosocjalizm wydaje owoce nie tylko w tej makabrycznej postaci. ale teraz to ja się, przyznam szczerze, zaczynam bać. bo skoro nie jest to wymysł jednych dziwnych szwedów, którym coś się z lekka poprzestawiało, a to się zdarza, jak świat światem, tylko takie chore pomysły trafiają na podatny grunt i są ochoczo przyjmowane nawet u nas… moja bardzo wybujała fantazja już podpowiada mi wizję jak to za 10, góra 15 lat, wszystkie dzieci będą się rodziły jako ‘ono’ i same wybierały sobie płeć, w imię, jak zawsze, dziwacznie pojętej wolności.

rozumiem jeszcze, że rodzice nie chcą chrzcić swoich dzieci, żeby mogły same wybrać religię. rozumiem, bo nie każdy jest naprawdę wierzący i nie każdy rozumie czym jest chrzest. to jest jeszcze kwestia, co do której faktycznie mamy wybór. ale płeć? znów chyba wchodzi w grę to co zawsze, zamazywanie rzeczywistości. wpajanie ludziom ’słabego myślenia’. brak obiektywnej prawdy. taka chora filozofia, która każe myśleć, że wolność jest ponad prawdą. a właściwie nawet więcej, prawdy nie ma, za to wolność jest i to oby jak największa. bo jak inaczej wytłumaczyć to, że ludzie odrzucają coś tak do bólu obiektywnego jak płeć? jak można mówić o wyborze płci, skoro rodzimy się zdeterminowani pod tym względem? co to dziecko ma sobie wybrać, skoro biologicznie nie ma wyboru?

wydaje mi się, że zadaniem rodziców jest wychowywanie, a tym samym dostarczanie dzieciom wiedzy o świecie także. w tym, przede wszystkim, na początku, o nich samych. dziecko nie może sobie wybrać czy będzie człowiekiem, pieskiem czy szafą. bo jest człowiekiem. nie może też wybrać czy będzie chłopcem czy dziewczynką, bo już jest chłopcem lub dziewczynką. to nie podlega kulturze tylko biologii. kulturze podlega tylko obraz kobiety i mężczyzny jaki dziecku przekażemy, ale to już jest zupełnie inna sprawa.

kiedy jeszcze byliśmy w ciąży, na którymś z pierwszych badań USG lekarz zapytał nas czy chcemy znać płeć dziecka. chcieliśmy, dla mnie to było dość oczywiste i nie chciałam żadnej niespodzianki. bo przecież to, co mieszkało sobie w moim brzuchu, to nie było coś tam, co nie bardzo wiadomo czym jest. jest człowiekiem. a człowiek ma płeć. dlatego zupełnie naturalne było dla mnie już wtedy, że to nie jest jakieś tam dziecko, tylko bardzo konkretny, osobowy, mój syn, G.

może i człowiek jest w stanie wymyślić sobie takie fanaberie jak to, że dziecko samo sobie wybierze płeć. ale jak sytuacja jest odwrotna, to znaczy dziecko faktycznie rodzi się biologicznie i chłopcem i dziewczynką [przypadek znany nam również ze szpitala] to rodzice przeżywają tragedię, zupełnie naturalnie. bo człowiek ma płeć. i to jest wielki dar, a nie przekleństwo, choć niektórzy chcieliby się tego daru pozbyć.

[o pingwinach, Pontonie i pewnych zjawiskach przyrodniczych]

ostatnimi czasy prześladuje mnie – mówiąc najbardziej ogólnie – temat edukacji seksualnej. trochę mnie prześladuje pod osobą pana Biedronia, trochę pod innymi osobami, które nieco bardziej uważam za autorytety. ale zdecydowanie bardzo mnie zmusza do myślenia, głównie z racji tego, że mnie denerwuje, ale także dlatego, że jest dla mnie zwyczajnie interesujący, również ze względu na moje studia.

najpierw, chociaż muszę przyznać, że było to już jakiś czas temu, ale nie mogłam się zebrać do pisania, przy okazji porannego bawienia Synka natrafiłam w tak zwanej ‘telewizji śniadaniowej’, na rozmowę o książeczce dla dzieci pod tytułem ‘Z Tango jest nas troje’, która była czytana dzieciom w jednym z gdańskich przedszkoli, a z woli niektórych grup społecznych miałaby też być czytana innym dzieciom, w innych przedszkolach. dyskusja nie należała wprawdzie do najbardziej wyrównanych, co nie powinno nikogo dziwić, bo zaproszonych było trzech gości: wspomniany już pan Biedroń, pan Hołownia z przeciwnej strony oraz pani, której nazwiska nie pomnę, a która miała być, jak się domyślam, neutralnym głosem rozsądku oraz reprezentantem rodziców, ale nie wyszło, bo pech chciał, że pani była dziennikarką z GW. książeczka, o której mowa, nie jest oczywiście taką całkiem niewinną bajką dla dzieci, bo w zasadzie jest to bajka o dwóch pingwinkach [panach pingwinkach], które biorą pod swoją opiekę małe pingwiniątko. równie oczywiście książeczka ma pewien społeczny przekaz, a mianowicie uczy dzieci tolerancji wobec związków homoseksualnych oraz jak sądzę także dla adopcji dzieci przez takie pary.

kłopotów z tą książeczką jest kilka. przede wszystkim chyba taki, czy dzieciom w przedszkolu należy już mówić o czymś takim jak homoseksualizm, czy seks w ogóle. słyszałam kiedyś, niestety nie pamiętam już gdzie, bardzo mądrą moim zdaniem radę w tym temacie: jeśli przedszkolak pyta mamusi ’skąd się wziąłem’, to naprawdę nie trzeba mu robić wykładów o plemnikach i jajeczkach, ani o tym jakim cudem znalazły się na jednej powierzchni życiowej, bo dziecko może oczekiwać prostej odpowiedzi, na przykład ‘urodziłam cię, w szpitalu’. ale tutaj pingwinki maja alibi, bo podobno w książeczce nie ma nic o seksie. nadal jednak pozostaje problem wyjaśnienia dzieciom, dlaczego to dwa pingwinki ‘chłopczyki’ żyją razem, tak jak mamusia z tatusiem. w wizji pana Biedronia ma to w naturalny sposób ukazać dzieciom alternatywne sposoby na rodzinę i od najmłodszych lat wpoić im tolerancję, zanim homofobiczne społeczeństwo moherków dokona na nich aktu manipulacji. faktycznie, prawdopodobnie obowiązuje tu zasada ‘kto pierwszy ten lepszy’ – jeśli homofile pierwsi zabiorą się za manipulację mają szanse na wygraną. słyszałam jednak o tym, jak dzieci w pewnej szkole zareagowały na próby nauczenia ich tolerancji – dziewczynki bały się chodzić trzymając się za ręce, żeby nie okazało się, że są lesbijkami.

myślę, że każdy człowiek ma pewien wzorzec, dany od Boga, a w wersji dla niewierzących od natury. musi go mieć – jest to jeden z wielu mechanizmów, które prowadzą do przetrwania gatunku. tym wzorcem jest przekonanie o tym, że najlepsze i najnaturalniejsze jest łączenie się w pary osobników przeciwnych płci. i niestety nie przekonuje mnie stwierdzenie, że homoseksualizm jest naturalny, bo występuje wśród zwierząt. zwierzęta nie są homoseksualne, nawet jeśli zdarza im się współżyć z przedstawicielami własnej płci. podobnie racjonalne byłoby stwierdzenie, że niektóre psy są, jakby to określić, poduszkofilami, przepraszam za dosadność. zwierzęta mają popęd, nieograniczony rozumowo, tak jak u człowieka. i ten popęd każe im po prostu wykonywać pewne czynności. nie można nawet nijak wiązać tego z psychiką, tworzeniem więzi, czy czegokolwiek, bo u zwierząt seks nie wywołuje przyjemności, tak jak u ludzi, i nie służy rozwijaniu relacji, ani umilaniu sobie życia. stąd dla mnie jest zupełne jasne, że homoseksualizm nie jest zjawiskiem występującym w naturze, a więc naturalnym. dzieci chyba też to wiedzą. ale to prawda, co mówił pan Biedroń, jeśli odpowiednio wcześnie zaczniemy, możemy wmówić im, że wszystko jest w porządku.

oczywiście stosunkowo łatwo można byłoby mnie zakrzyczeć argumentem o tym, że każdy może mieć swoją wizję świata i ją propagować i nie ma w tym nic złego. z tym, że ja nie wierzę w subiektywizm moralny. nie każdy sposób na wychowanie jest dobry. i nie wszystko można przekazywać dzieciom. wychowanie nie polega w każdym razie na przekazywaniu im czegokolwiek, ale na przekazywaniu im czegoś wartościowego, mądrego, dobrego i prawdziwego. i pan Biedroń wysuwający argumenty o tym, czy zabronimy też tolerancji dla innych kolorów skóry, czy wyznań też mnie nie przekonuje, bo tym się właśnie różni uczenie szacunku do czarnoskórych od uczenia tolerowania propagandy zboczeń: jedno jest dobre, a drugie nie.

zresztą ja w ogóle nie znoszę tolerancji, bo to słowo, powinniśmy chyba sobie o tym przypomnieć, ma w zasadzie znaczenie pejoratywne – synonimem mogłoby być słowo ‘znosić’. więc nawet w odniesieniu do innych ras nie zamierzam być tolerancyjna.

nieco później dopadła mnie z kolei wiadomość z nieco wyższego szczebla edukacji, a mianowicie rozważania na zajęciach z pracy socjalnej – o najnowszym wymyśle polskiej edukacji, czyli wprowadzeniu obowiązkowego przedmiotu pod tytułem ‘wychowanie do życie w rodzinie’. przedmiot jest w każdym razie bardziej obowiązkowy niż był za moich czasów. nie należę do osób, które uważają, że o takich rzeczach to powinni dzieciom mówić rodzice tylko i wyłącznie, chociaż owszem, przede wszystkim jednak oni. ale bądźmy realistami, pozostawienie tego tylko rodzicom nie jest również najlepszym pomysłem. mogłabym to wręcz nazwać grzechem zaniechania. bo z pewnością nie jest tak, że każdy rodzic ma dostateczną wiedzę w temacie relacji międzyludzkich, nie mówiąc już o seksie jako takim, a może jednak należało by zadbać, aby mity w typie ‘za pierwszym razem nie można zajść w ciążę’ zniknęły w mrokach przeszłości. poza tym, jeśli ktoś jest chrześcijaninem, katolikiem [to ustęp specjalnie dla pewnych panów z frondy], to powinien wiedzieć, że ma pewien obowiązek dbania o przekazywanie prawdy – także prawdy o seksie. a nie wszyscy rodzice z pewnością są takimi dobrymi – czy wręcz w ogóle – katolikami, żeby przekazali swoim pociechom to, co faktycznie należy przekazać. moim osobistym zdaniem – dzieci i tak się o seksie dowiedzą, jak nie w szkole, to na podwórku albo w internecie. jako rodzice, nauczyciele, jeśli dobrze myślimy, mamy dwa wyjścia: dać im do porównania prawdę, albo jej nie dać. czyli dać im szansę na szczęśliwe życie albo jej nie dać.

inna kwestia to to, że w tej chwili wielkiej różnicy między Bravo a szkołą nie ma, bo za wychowywanie dzieci w kwestiach rodziny i seksu zabierają się ‘edukatorzy’ z Pontonu. ale tutaj też wyjście jest: zabrać się za to samemu. kwalifikacje z pewnością można zdobyć, odrobina odwagi, i jazda, między stadko gimnazjalistów:) [wiem, to średnio kusząca propozycja:)]. kto wie, może sama się na to kiedyś porwę. odczuwam w jakiś sposób, że może to być jedna z moich życiowych misji:)

[s@motność]

muszę się przyznać do jednej strasznej rzeczy: namówiłam ostatnio Męża do kupienia filmu ‘S@motność w sieci’. w supermarkecie. na vcd do tego. ale na szczęście za jedyne 13PLN, co mnie nieco może usprawiedliwia. naprawdę więcej bym na to nie wydała, bo recenzje były przecież fatalne [co mnie nijak nie dziwi], ale ja tylko chciałam się na własne oczy przekonać. i się przekonałam. pomijając film, który faktycznie był fatalny [jedyne 90 minut bodajże, a nie mogliśmy wysiedzieć]: mocno przeambitniony, za bardzo artystyczny i stanowczo zbyt cichy – niech już im nawet będzie, że muzyki było jak na lekarstwo, ale może chociaż bohaterowie mogliby ze sobą rozmawiać, tymczasem ograniczyli się głównie do westchnień, patrzenia sobie w oczy i tym podobnych melodramatycznych gestów – ważniejsze jest to, że przypomniałam sobie również książkę.

czytałam dawno, dawno temu, młodym dziewczęciem będąc – i głupim, gwoli ścisłości. do lektury przystępowałam chyba ze trzy razy, bo tak mi było ciężko przebić się przez ciągnące się niemiłosiernie retrospekcje. ale w końcu przeczytałam – i oczywiście byłam zachwycona. nie wiem, jak to się dzieje, ale takie to właśnie wzbudza emocje, u większości chyba młodych głupich kobietek. bo przecież to taka romantyczna miłość, takie to tragiczne i smutne, i tyle się przy tym płacze, a później każda marzy o swoim takim idealnym Jakubku, i o takiej niesamowitej miłości. dla tych, co nie czytali podpowiadam, że Jakubek jest głównym bohaterem męskim, a poza tym, że męskim, to przede wszystkim szalenie tragicznym, wszystkie życiowe miłości mu umierają [w sposób, proszę o wybaczenie, ale taki głupi, że aż śmieszny], albo odchodzą, a on biedny, jest przecież taki idealny: inteligentny, namiętny, czuły, uważny, potrafi słuchać i dociera w najgłębsze odmęty kobiecej duszy. i jak tu takiego nie kochać – nie dość, że wzbudza instynkty opiekuńcze, to jeszcze do tego nie wymaga absolutnie żadnego wysiłku, wystarczy zatopić się we własnym egoizmie, skoncentrować się wyłącznie na sobie i kontemplować własną cudowność – tak, jak to Jakubek kontempluje cudowność kobiet. a sama historia? pomijając to, że poplątana i ciągnąca to też idealnie dopasowana do potrzeb młodych głupiutkich kobietek: ona ma męża, który oczywiście tu występuje w charakterze czarnym, on jest, jak już mówiłam, samotny i nieszczęśliwy; nawiązują romans, miłość idealna, pełna romantyzmu, na koniec ona zdradza z nim męża, zachodzi w ciążę, po czym z rozsądku postanawia jednak zostać z mężem [bo przecież happy end popsułby doszczętnie całą tę tragiczną historię i nie można by było tyle płakać podczas lektury, a to mogłoby znacząco osłabić popularność książki].

najciekawsze jest jednak na końcu niemal: autor w którymś kolejnym wydaniu zamieścił e-maile od czytelników. trzeba mu oddać sprawiedliwość, że te nieprzychylne też. i tu następuje tak naprawdę najtragiczniejszy spośród rozlicznych tragicznych momentów: te wyznania typu ‘po przeczytaniu tej książki moja żona odeszła ode mnie’, ‘narzeczona przeczytała to pięć razy, po czym mnie zostawiła’, ‘już trzy moje koleżanki po przeczytaniu tej książki przemyślały sprawy, spakowały walizki i konsekwentnie od mężów poszły w świat szukać swojego Jakuba. Odwaga to najwspanialszy stan ducha’.

i to jest najgorsze. to, że wiele kobiet, przeczytawszy to, zachwyciło się tak, jak ja, uwierzyło w wykreowaną przez pana Wiśniewskiego rzeczywistość i poszło szukać takiego świata. tylko, że tak go nie znajdą. zostawiły swoich mężów, chłopaków czy narzeczonych, bo nie byli Jakubami. jedna głupia książka potrafiła tak nimi zawładnąć, że zapatrzyły się w siebie, zachłysnęły własnym egoizmem i poszły szukać czegoś, co nie istnieje – człowieka bez wad. nie znajdą, to oczywiste, tak naprawdę na szczęście. żal mi tylko tych kobiet, bo może straciły to, co mogło być najlepsze w ich życiu.

szukanie Jakuba nie ma sensu, marzenia o takiej miłości są jedną z gorszych krzywd jakie można sobie wyrządzić, bo to jest miłość fałszywa. życie to naprawdę nie jest melodramat.

ja miałam wtedy może jakieś 17 lat i na szczęście – choć w międzyczasie przeczytałam chyba wszystkie książki pana Wiśniewskiego – w końcu dorosłam.

a najbardziej niepokoi mnie taka refleksja: wszystkie te panie zachwycają się tym, że Ona na końcu zaszła w ciążę. mnie zastanawia czym tu się zachwycać? bo przecież gdyby Jakub i Ona rzeczywiście istnieli i wybrali jednak bycie razem [a prawdopodobnie tak by było], to, przepraszam za niedyskretne pytanie: które z dwojga tych mimozowatych bohaterów zmieniałoby temu dziecku pieluchy?


tak zwany ‘about’

Autorka: młoda, wykształcona [no, prawie...], z wielkiego miasta [że ho ho]. prywatnie żona, mamusia, studentka, katoliczka - fanatyczka, zdeklarowana antyfeministka. hobbystycznie artystka - rękodzielniczka, początkująca kucharka, blogowiczka, czytelniczka niemal wszystkiego i masochistyczna poszukiwaczka głupoty [oraz mądrości też]. wytrwała naprawiaczka świata. inka.1987@o2.pl

 

Luty 2010
P W Ś C P S N
« gru    
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728

Najpopularniejsze wpisy

    Blog Stats

    • 419 hits