Archiwum dla Październik 2009

[o pingwinach, Pontonie i pewnych zjawiskach przyrodniczych]

ostatnimi czasy prześladuje mnie – mówiąc najbardziej ogólnie – temat edukacji seksualnej. trochę mnie prześladuje pod osobą pana Biedronia, trochę pod innymi osobami, które nieco bardziej uważam za autorytety. ale zdecydowanie bardzo mnie zmusza do myślenia, głównie z racji tego, że mnie denerwuje, ale także dlatego, że jest dla mnie zwyczajnie interesujący, również ze względu na moje studia.

najpierw, chociaż muszę przyznać, że było to już jakiś czas temu, ale nie mogłam się zebrać do pisania, przy okazji porannego bawienia Synka natrafiłam w tak zwanej ‚telewizji śniadaniowej’, na rozmowę o książeczce dla dzieci pod tytułem ‚Z Tango jest nas troje’, która była czytana dzieciom w jednym z gdańskich przedszkoli, a z woli niektórych grup społecznych miałaby też być czytana innym dzieciom, w innych przedszkolach. dyskusja nie należała wprawdzie do najbardziej wyrównanych, co nie powinno nikogo dziwić, bo zaproszonych było trzech gości: wspomniany już pan Biedroń, pan Hołownia z przeciwnej strony oraz pani, której nazwiska nie pomnę, a która miała być, jak się domyślam, neutralnym głosem rozsądku oraz reprezentantem rodziców, ale nie wyszło, bo pech chciał, że pani była dziennikarką z GW. książeczka, o której mowa, nie jest oczywiście taką całkiem niewinną bajką dla dzieci, bo w zasadzie jest to bajka o dwóch pingwinkach [panach pingwinkach], które biorą pod swoją opiekę małe pingwiniątko. równie oczywiście książeczka ma pewien społeczny przekaz, a mianowicie uczy dzieci tolerancji wobec związków homoseksualnych oraz jak sądzę także dla adopcji dzieci przez takie pary.

kłopotów z tą książeczką jest kilka. przede wszystkim chyba taki, czy dzieciom w przedszkolu należy już mówić o czymś takim jak homoseksualizm, czy seks w ogóle. słyszałam kiedyś, niestety nie pamiętam już gdzie, bardzo mądrą moim zdaniem radę w tym temacie: jeśli przedszkolak pyta mamusi ‚skąd się wziąłem’, to naprawdę nie trzeba mu robić wykładów o plemnikach i jajeczkach, ani o tym jakim cudem znalazły się na jednej powierzchni życiowej, bo dziecko może oczekiwać prostej odpowiedzi, na przykład ‚urodziłam cię, w szpitalu’. ale tutaj pingwinki maja alibi, bo podobno w książeczce nie ma nic o seksie. nadal jednak pozostaje problem wyjaśnienia dzieciom, dlaczego to dwa pingwinki ‚chłopczyki’ żyją razem, tak jak mamusia z tatusiem. w wizji pana Biedronia ma to w naturalny sposób ukazać dzieciom alternatywne sposoby na rodzinę i od najmłodszych lat wpoić im tolerancję, zanim homofobiczne społeczeństwo moherków dokona na nich aktu manipulacji. faktycznie, prawdopodobnie obowiązuje tu zasada ‚kto pierwszy ten lepszy’ – jeśli homofile pierwsi zabiorą się za manipulację mają szanse na wygraną. słyszałam jednak o tym, jak dzieci w pewnej szkole zareagowały na próby nauczenia ich tolerancji – dziewczynki bały się chodzić trzymając się za ręce, żeby nie okazało się, że są lesbijkami.

myślę, że każdy człowiek ma pewien wzorzec, dany od Boga, a w wersji dla niewierzących od natury. musi go mieć – jest to jeden z wielu mechanizmów, które prowadzą do przetrwania gatunku. tym wzorcem jest przekonanie o tym, że najlepsze i najnaturalniejsze jest łączenie się w pary osobników przeciwnych płci. i niestety nie przekonuje mnie stwierdzenie, że homoseksualizm jest naturalny, bo występuje wśród zwierząt. zwierzęta nie są homoseksualne, nawet jeśli zdarza im się współżyć z przedstawicielami własnej płci. podobnie racjonalne byłoby stwierdzenie, że niektóre psy są, jakby to określić, poduszkofilami, przepraszam za dosadność. zwierzęta mają popęd, nieograniczony rozumowo, tak jak u człowieka. i ten popęd każe im po prostu wykonywać pewne czynności. nie można nawet nijak wiązać tego z psychiką, tworzeniem więzi, czy czegokolwiek, bo u zwierząt seks nie wywołuje przyjemności, tak jak u ludzi, i nie służy rozwijaniu relacji, ani umilaniu sobie życia. stąd dla mnie jest zupełne jasne, że homoseksualizm nie jest zjawiskiem występującym w naturze, a więc naturalnym. dzieci chyba też to wiedzą. ale to prawda, co mówił pan Biedroń, jeśli odpowiednio wcześnie zaczniemy, możemy wmówić im, że wszystko jest w porządku.

oczywiście stosunkowo łatwo można byłoby mnie zakrzyczeć argumentem o tym, że każdy może mieć swoją wizję świata i ją propagować i nie ma w tym nic złego. z tym, że ja nie wierzę w subiektywizm moralny. nie każdy sposób na wychowanie jest dobry. i nie wszystko można przekazywać dzieciom. wychowanie nie polega w każdym razie na przekazywaniu im czegokolwiek, ale na przekazywaniu im czegoś wartościowego, mądrego, dobrego i prawdziwego. i pan Biedroń wysuwający argumenty o tym, czy zabronimy też tolerancji dla innych kolorów skóry, czy wyznań też mnie nie przekonuje, bo tym się właśnie różni uczenie szacunku do czarnoskórych od uczenia tolerowania propagandy zboczeń: jedno jest dobre, a drugie nie.

zresztą ja w ogóle nie znoszę tolerancji, bo to słowo, powinniśmy chyba sobie o tym przypomnieć, ma w zasadzie znaczenie pejoratywne – synonimem mogłoby być słowo ‚znosić’. więc nawet w odniesieniu do innych ras nie zamierzam być tolerancyjna.

nieco później dopadła mnie z kolei wiadomość z nieco wyższego szczebla edukacji, a mianowicie rozważania na zajęciach z pracy socjalnej – o najnowszym wymyśle polskiej edukacji, czyli wprowadzeniu obowiązkowego przedmiotu pod tytułem ‚wychowanie do życie w rodzinie’. przedmiot jest w każdym razie bardziej obowiązkowy niż był za moich czasów. nie należę do osób, które uważają, że o takich rzeczach to powinni dzieciom mówić rodzice tylko i wyłącznie, chociaż owszem, przede wszystkim jednak oni. ale bądźmy realistami, pozostawienie tego tylko rodzicom nie jest również najlepszym pomysłem. mogłabym to wręcz nazwać grzechem zaniechania. bo z pewnością nie jest tak, że każdy rodzic ma dostateczną wiedzę w temacie relacji międzyludzkich, nie mówiąc już o seksie jako takim, a może jednak należało by zadbać, aby mity w typie ‚za pierwszym razem nie można zajść w ciążę’ zniknęły w mrokach przeszłości. poza tym, jeśli ktoś jest chrześcijaninem, katolikiem [to ustęp specjalnie dla pewnych panów z frondy], to powinien wiedzieć, że ma pewien obowiązek dbania o przekazywanie prawdy – także prawdy o seksie. a nie wszyscy rodzice z pewnością są takimi dobrymi – czy wręcz w ogóle – katolikami, żeby przekazali swoim pociechom to, co faktycznie należy przekazać. moim osobistym zdaniem – dzieci i tak się o seksie dowiedzą, jak nie w szkole, to na podwórku albo w internecie. jako rodzice, nauczyciele, jeśli dobrze myślimy, mamy dwa wyjścia: dać im do porównania prawdę, albo jej nie dać. czyli dać im szansę na szczęśliwe życie albo jej nie dać.

inna kwestia to to, że w tej chwili wielkiej różnicy między Bravo a szkołą nie ma, bo za wychowywanie dzieci w kwestiach rodziny i seksu zabierają się ‚edukatorzy’ z Pontonu. ale tutaj też wyjście jest: zabrać się za to samemu. kwalifikacje z pewnością można zdobyć, odrobina odwagi, i jazda, między stadko gimnazjalistów:) [wiem, to średnio kusząca propozycja:)]. kto wie, może sama się na to kiedyś porwę. odczuwam w jakiś sposób, że może to być jedna z moich życiowych misji:)


tak zwany ‚about’

Autorka: młoda, wykształcona [no, prawie...], z wielkiego miasta [że ho ho]. prywatnie żona, mamusia, studentka, katoliczka - fanatyczka, zdeklarowana antyfeministka. hobbystycznie artystka - rękodzielniczka, początkująca kucharka, blogowiczka, czytelniczka niemal wszystkiego i masochistyczna poszukiwaczka głupoty [oraz mądrości też]. wytrwała naprawiaczka świata. inka.1987@o2.pl
Październik 2009
Pon W Śr Czw Pt S N
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
262728293031  

Blog Stats

  • 1 539 hits