[misja]

przeczytałam ostatnio, że dzieci nigdy dotąd nie były tak bardzo kontrolowane przez swoich rodziców. o 90% zmniejszyła się odległość na jaką przeciętny młody Brytyjczyk może się oddalić od domu (w porównaniu do poprzedniego pokolenia). i tak sobie myślę, że to przedziwne, że to robimy my, pokolenie „z kluczem na szyi”.

w podstawówce kończyłam zajęcia szkolne około południa, do czasu, kiedy moi rodzice wracali z pracy miałam około czterech godzin wolnego. cztery godziny dla dziecka z fantazją to wystarczająca ilość czasu, żeby dotrzeć w dowolnie wymarzone miejsce, narazić się na wszystkie możliwe niebezpieczeństwa, zrobić wszystkie możliwe głupoty – i z reguły jednak wrócić w całości do domu. jeździłam MZKami po moim małym mieście, odwiedzałam babcię mojej najlepszej przyjaciółki, mieszkającą na drugim końcu tego miasta, łaziłam na cmentarz, zbierałam grzyby w lesie, chodziłam w najbardziej odludne miejsca, na przykład na tory kolejowe, żeby oglądać pędzący pociąg z odległości może dwóch metrów (razem z przyjaciółką przycupnęłyśmy sobie na wiadukcie). jasne, wiele razy mogłam sobie zrobić krzywdę. jak każde normalne dziecko w tamtych czasach chodziłam po drzewach, ale nigdy nie spadłam. właziłam za ogrodzenia ze „złymi psami”, ale nigdy żaden z nich mnie nie pogryzł. spotkałam paru zboczeńców, ale żaden nie zrobił mi krzywdy.

jedliśmy to, co było w sklepach, bo nie było żywności ekologicznej. fakt, pewnie wtedy normalna żywność była jeszcze sporo zdrowsza niż ta obecna. ale z pewnością kuchnia mojej babci (kotlet, ziemniaki okraszone smalcem i ogórek kiszony, albo maślanka) każdego dietetyka przyprawiłaby o natychmiastowy zawał serca. w szkołach obowiązywała rejonizacja i chodziło się tam, gdzie było najbliżej, a nie tam, gdzie było najlepiej. dzieciaki były różne, nie tylko z dobrych domów. nauczyciele też bywali różni. zajęcia dodatkowe zaczęły być modne dopiero kiedy byłam starsza. i mimo, że moim rodzicom na takie rzeczy nigdy nie było szkoda pieniędzy chodziłam tylko na dodatkowy angielski. doraźnie na korepetycje z niemieckiego albo matematyki.

warunki mieliśmy, powiedzmy, mało komfortowe, w porównaniu z tym, co teraz jest dostępne dla naszych dzieci. i może dzięki temu dorastaliśmy mając święty spokój?

teraz mamy szczepienia dodatkowe oraz milion teorii spiskowych na temat tego, czy w ogóle powinno się szczepić. bo może to spowoduje u naszej pociechy autyzm, no albo przynajmniej alergię. jedzonko w słoiczkach ze starannie wyselekcjonowanych ekologicznie uprawianych warzywek oraz kolejny milion teorii spiskowych o tym, czy to aby na pewno wystarczająco ekologiczne. większość żywności jest genetycznie modyfikowana, kury nie biegają i ich jajka są niemal trujące, mięso naszprycowane hormonami, a już w ogóle wolę nie myśleć co czyha na mnie w niewinnie wyglądającej marchewce. codziennie należny również łykać tabletki z kwasami omega, bo jak nie, to z pewnością nasze dziecko nie będzie miało pasków na świadectwach. już od małego należy posyłać dziecko na zajęcia wspomagające jego rozwój, przede wszystkim języki (jeszcze do niedawna zaczynało się to w przedszkolu, ale powoli i to okazuje się być za późno, lepiej zacząć już z dzieckiem kilkumiesięcznym), ale też rytmika, tańce, basen, aikido, karate, judo, koniecznie zajęcia plastyczne i informatyka. kluby malucha wyrastają jak grzyby po deszczu. zabawki edukacyjne, które nauczą twoje dziecko jak powiedzieć „noga” w pięciu językach są absolutnie konieczne. nie wystarczy już chodzić do przedszkola, teraz trzeba chodzić do najlepszego przedszkola, a później do najlepszych szkół. a od domu najlepiej nie oddalać się ogóle.

naprawdę zastanawiam się czy dzieci, których rozwój jest tak bardzo wspomagany rzeczywiście rozwijają się lepiej? i co takiego w sobie rozwijają? co można rozwinąć w sztucznie wytworzonych warunkach tych wszystkich instytucji, prześcigających się na oferty? co my, rodzice, rozwijamy w swoich dzieciach, tak bardzo, za wszelką cenę, starając się je „wychować”?

przecież dziecko po prostu żyje. nie tylko podlega wychowaniu, ale jako niepodległy organizm, ma własne życie. rodzi się i wchodzi do rodziny. czy nie powinniśmy z naszymi dziećmi po prostu żyć, na co dzień, zamiast je na siłę wychowywać? jasne, to wszystko w dobrej wierze, wszystko z troski, aby im było jak najlepiej i żeby im zapewnić optymalne warunki. tylko czy my im przypadkiem nie psujemy tych najlepszych warunków? bo wydaje mi się, że najlepsze warunki to natura, a nie laboratorium. spacer po lesie będzie bardziej rozwijający niż najlepiej przygotowane zajęcia wspomagające rozwój.

co przekazujemy dziecku, nad którym od urodzenia trzęsiemy się, żeby miało wszystko co najlepsze, a nie to co pseudo najlepsze, czyli szczepić czy nie, dawać słoiczki czy nie, puścić do przedszkola czy nie? a nuż zapadnie na autyzm, będzie miało zaburzenia hormonalne od nadmiaru zmutowanej marchewki, albo spotka złą przedszkolankę? swoim strachem uczymy dziecko, że świat jest zły i niebezpieczny. to śmieszne, bo w tym całym wychowywaniu i wspomaganiu zapominamy, że dzieci przede wszystkim uczą się przez obserwację. jeśli żyją dzień w dzień ze spiętą mamusią, próbującą kontrolować każdy ich ruch i całe ich środowisko, to wyrosną chyba na jeszcze większych nerwusów.

ja w swojej głowie przeżyłam już tysiące czarnych scenariuszy (na długo przed tym, zanim zostałam mamą). i mam wrażenie, że to wszystko zwyczajnie nie ma sensu. po co umierać ze strachu, po co się zamartwiać? i tak nie jestem w stanie dociec czy aby jajeczka od kurki zielononóżki są na pewno od niej, czy swojski chlebek nie ma dodatku soli przemysłowej, a swojska marcheweczka nie była pryskana. nie uchronię moich dzieci przed złymi ludźmi. ani przed głupimi. bo niestety zboczeńcy atakują nie tylko w odludnych miejscach, ale też w odległości dwóch metrów od zatroskanej mamy. czy zatem nie lepiej będzie po prostu cieszyć się życiem i właśnie to przekazać dzieciom? spokój, optymizm, dużo poczucia bezpieczeństwa i jeszcze więcej miłości. jasne, troszczyć się, dbać, starać się zapewnić to co najlepsze, tylko może jeszcze raz zastanowić się, co jest najlepsze.

im więcej kontrolujemy, tym więcej chcemy jeszcze kontrolować. to taka samonapędzająca się potrzeba, której nigdy nie uda się zaspokoić. a stąd to już chyba prosta droga do tego, żeby zacząć wszczepiać każdemu noworodkowi chip.

1 Response to “[misja]”


  1. 1 Maurycy Teo 4 Maj 2012 o 8:01

    Bo to kolejna alternatywa dla tzw. treningu. Strach przed tym, że moje dziecko trafi do głupiej szkoły, do ludzi którzy ubierają się i zachowują nieodpowiednio, co miałoby moje dziecko zmienić nie do poznania, jest czymś dla dobrych, odpowiedzialnych rodziców przedziwnionym. Przecież jeśli jestem dobrym rodzicem, który potrafi przekazać swojemu dziecku wartości, to po kiego grzyba trzęsę się nad każdym jego krokiem.

    Niektóre dzieci zostają w domu zamiast iść do przedszkola, bo przedszkole może je zniszczyć. Przez co często z dzikusów zmieniają się w jeszcze większych dzikusów. Może należy zwrócić uwagę na to, że uspołecznianie wcale nie jest tak straszliwie poprawnym politycznie pomysłem…


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s




tak zwany ‚about’

Autorka: młoda, wykształcona [no, prawie...], z wielkiego miasta [że ho ho]. prywatnie żona, mamusia, studentka, katoliczka - fanatyczka, zdeklarowana antyfeministka. hobbystycznie artystka - rękodzielniczka, początkująca kucharka, blogowiczka, czytelniczka niemal wszystkiego i masochistyczna poszukiwaczka głupoty [oraz mądrości też]. wytrwała naprawiaczka świata. inka.1987@o2.pl
Maj 2012
Pon W Śr Czw Pt S N
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031  

Blog Stats

  • 1 539 hits

%d blogerów lubi to: