Archiwum dla Lipiec 2012

[widok na szczęście]

Mąż mi dziś przyniósł Newsweeka z artykułem o tym tytule. artykuł dotyczy in vitro, a napisany został z okazji straszliwej ustawy zaproponowanej przez jeszcze bardziej straszliwy PIS, która to ustawa zakłada sankcje dla lekarzy za przeprowadzanie procedury zapłodnienia pozaustrojowego. i oczywiście artykuł wpłynął na mnie bardzo dołująco, bo nie znoszę jak się tak obrzydliwie usiłuje manipulować ludźmi.

oczywiście pierwszym i naczelnym argumentem za in vitro są rzesze osób, które z niego skorzystały i tylko dzięki temu są w życiu szczęśliwe. co więcej, prawdopodobnie żadna „naturalna” matka nie kocha swojego dziecka tak bardzo, jak one, bo nie czekała na wynik testu ciążowego z takim drżeniem serca i nie wpadła w taką histerię po porodzie. po prostu dzieci z in vitro są kochane bardziej niż te poczęte naturalnie i właściwie może należałoby tę metodę nie tylko refundować, ale obowiązkowo fundować przynajmniej raz w życiu każdej kobiecie, a poza tym może najlepiej ją ubezpłodnić, to wtedy wszystkie dzieci będą kochane nie do wytrzymania. wiem, że nadinterpretuję, ale już mi uszami wychodzą teorie o tym, że najbardziej dzieci kochają geje oraz ci, którzy ich mieć nie mogą i z tego względu uciekają się do wszystkiego, byle je mieć.

drugim, choć chyba nie mniej ważnym argumentem za, jest fakt, że WHO uznało niepłodność za chorobę i należy ją leczyć, więc jakim prawe ktokolwiek się zastanawia  nad refundacją in vitro, skoro to nam nakazuje wszechwiedzące WHO. a twórca tej metody dostał Nobla. jakiż ten nasz rząd beznadziejny i co to w ogóle ma być. no tak, bo skoro już facet dostał Nobla i WHO coś powiedziało, to trzeba przyjąć to za prawdę objawioną i nikt nie ma prawa nie tylko tego kwestionować, ale nawet mieć wątpliwości, nawet zastanawiać się nad tym wyrokiem.ech, a podobno to katolicy narzucają wszystkim swój sposób myślenia… (a może to ci Talibowie, o których mowa na okładce? nasz rząd dostał się bowiem w ręce obcych i wyraźnie wrogich sił o rodowodzie terrorystycznym, tak przynajmniej obwieszcza Newsweek: „In vitro: talibów wojna z dziećmi. Dlaczego nasza prawica nienawidzi dzieci z probówki”)

nie, absolutnie nie kwestionuję tego, że niepłodność jest chorobą. jest nią, bo płodność jest naturalną funkcją organizmu, będącą wyrazem zdrowia (o czym ci sami spece z WHO natychmiast ochoczo zapominają, gdy chodzi o antykoncepcję), a więc kiedy ta funkcja jest zaburzona to mamy do czynienia z chorobą. i nie wiem czy ktokolwiek się zastanawia nad tym czy należy ją leczyć. ja nie. choroby się leczy. natomiast dobrym pomysłem jest zastanowienie się, jak ją leczyć. a zwolennicy in vitro wciąż usiłują wmówić wszystkim, że in vitro leczy niepłodność.  otóż nie (przynajmniej w większości przypadków, bo są schorzenia powodujące niepłodność, które istotnie ustępują po ciąży). in vitro „produkuje” dziecko (przepraszam za określenie, ale taka jest prawda). ale kobieta wciąż pozostaje chora – niepłodna. na co najlepszym dowodem są te panie, wypowiadające się w artykule, które mają nie jedno, ale kilkoro dzieci z in vitro. skoro po pierwszej ciąży wciąż nie mogły począć naturalnie i musiały znów korzystać z tych wyrafinowanych zabiegów medycznych, to jakieś strasznie cienkie jest to lekarstwo, które tak bardzo pragną sobą zareklamować.

no a oczywiście skoro już mówimy o leczeniu niepłodności, to trzeba jeszcze obowiązkowo wyśmiać naprotechnologię. na przykład pan prof. Luka Gianaroli, szef Europejskiego Stowarzyszenia Ludzkiej Reprodukcji i Embrionologii ESHRE w ogóle nie wie co to jest, a to najlepiej dowodzi, że to głupota (bo ja to bym raczej zaproponowała panu profesorowi, żeby się w tej sytuacji dokształcił, ale nie, albowiem jak wiadomo, jeśli fakty nie zgadzają się z naszymi poglądami to tym gorzej dla faktów). ekspertem Newsweeka od naprotechnologii jest Anna, nauczycielka z małego miasteczka na południu kraju. nie podaje co prawda nazwiska i nic nie mówi, jakoby była nauczycielką metod rozpoznawania płodności lub najlepiej modelu Creightona, ale najwyraźniej jest największym polskim specem w tej dziedzinie. otóż naprotechnologia, wyobraźcie sobie, drodzy czytelnicy Newsweeka, polega na obserwacji śluzu pod kątem lepkości i obfitości. a fuuu… a nie dość, że a fuuu to jeszcze to jakaś magia i szamańskie metody, a nie czyściutka medycyna. i jeszcze trzeba to kodować w specjalnym zeszycie. a instruktor instruuje jak trzeba współżyć. i jeszcze trzeba za to płacić, 150 złotych od wizyty, chociaż pierwsza to była darmo. więc skoro pierwsza darmo, a dalsze płatne, to normalnie jakieś oszustwo, całkiem jak z tymi esemesami, co niby wyślij jednego za 2,50 to wygrasz Porshe, a później ci mówią, że jeszcze tylko 10 wyślij za 20,50. a w ogóle to na pewno ten instruktor jest zboczeńcem. i jeszcze, najśmieszniejsze jest to, że jakieś niezidentyfikowane „kobiety” mówiły, że kazali im przez pół roku jeść kisiel i galaretkę, żeby zwiększyć wydzielanie śluzu i poprawić jego jakość (mam nadzieję, że nie miały przez pół roku jeść wyłącznie kisielu, bo to groziłoby śmiercią głodową, co bywa niekorzystne i raczej nie sprzyja zajściu w ciążę). więc ja Aleksandra, z dużego miasta na bardziej północnym-wschodzie kraju, będąca również nauczycielką (MRP, ale jeszcze bez II stopnia kursu), uściślę te eksperckie informacje z Newsweeka. naprotechnologia ma na celu zmaksymalizowanie szans na poczęcie dziecka drogą naturalną. zajmuje się więc diagnozą, aby ewentualnie wykryć i usunąć przeszkody fizyczne, obserwacją wskaźników płodności (z których jednym jest śluz szyjkowy), aby wykryć ewentualne nieprawidłowości cyklu a także jak najlepiej określić moment owulacji, kiedy szansa na poczęcie jest największa, a także poprawieniem ogólnych warunków zdrowotnych, zarówno kobiety jaki i mężczyzny, bo to również może wpłynąć na niemożność zapłodnienia. tak, obserwacje śluzu zapisuje się specjalnym kodem. nie do końca rozumiem, co w tym zdrożnego. tak, w przypadku kłopotów z poczęciem pomocne może być współżycie w określonej pozycji, czy pewne zabiegi już po samym akcie (to nie magia, ani zboczenie, tylko ułatwienie plemnikom dotarcia tam, gdzie mają dotrzeć). tak, dieta również ma znaczenie. jak sądzę żarciki o kisielu i galaretce miały dać czytelnikowi do zrozumienia, że niby ci szamani wierzą, że galaretka polepszy śluz, który też jest taki galaretowaty. ale przypuszczam, że w rzeczywistości panie miały jeść np. siemię lniane, które po zalaniu wodą istotnie zmienia się w coś w rodzaju kisielu, a jest jednym z najskuteczniejszych naturalnych „leków” na rozrzedzenie śluzu i zwiększenie jego ilości. śluz natomiast musi być obfity i dobrze przepuszczalny. i kiedy są kłopoty z poczęciem, to takie szczegóły naprawdę mają znaczenie.

naprotechnologia podszyta jest obsesją naturalnego zapłodnienia, jak twierdzą osoby wypowiadające się w artykule. która to obsesja jest bardzo szkodliwa, bo powoduje, że męczysz się uprawiając seks na zawołanie i w określony sposób, tylko po to, żeby naturalnie zajść w ciążę, podczas gdy powinnaś skorzystać z in vitro, zamiast tracić czas. bo tylko in vitro jest skuteczne. otóż naprotechnologia jest skuteczna (44% ciąż w ciągu pierwszych 12 miesięcy stosowania, jak wykazały badania jej twórcy). a obsesją jest raczej pragnienie urodzenia dziecka tak wielkie, że kobieta znosi ból, cierpienie fizyczne i dramaty poronień.

in vitro tłumaczy się powszechnie jakimś „prawem do dziecka”. które podobno istnieje i zgodnie z nim, każda kobieta (niekoniecznie przecież para, bo to już dyskryminacja… a nawet niekoniecznie kobieta, bo to też dyskryminacja i to jeszcze, o zgrozo, gejów na przykład) ma prawo mieć urodzone przez siebie dziecko. tymczasem żadnego prawa do dziecka nie ma. nigdy nie było i nigdy nie będzie. bo żaden człowiek nie ma prawa do drugiego człowieka. istnienie ludzi nie podlega prawu w tym sensie, że rodzic ma prawo mieć dziecko. nie, to jest człowiek, a nie samochód. a nawet do samochodu nie masz prawa, jak cię nie stać to go nie masz. inne prawo to to, że człowiek ma prawo być szczęśliwy. więc skoro ktoś do szczęścia potrzebuje dziecka to ma prawo je mieć za wszelką cenę. otóż też nie, bo dziecko jest podmiotem i jako podmiot nigdy nie może być środkiem do celu, nawet jeśli tym celem jest szczęście rodzica, czyli coś teoretycznie dobrego.

nie twierdzę, że dzieci „z probówki” to dzieło Frankensteina. też nie, bo dzieci nie są niczemu winne, a już na pewno nie temu, co robią ich rodzice. ale naprawdę to, że pani, która ma dziecko dzięki in vitro jest szczęśliwa, to jeszcze nie sprawia, że ta metoda jest etyczna. może przynosi to komuś subiektywną korzyść, ale to nie wpływa na obiektywną ocenę samej metody. jakaś panuje dziwna moda na twierdzenie, że skoro ja się czuję z czymś szczęśliwa, to najwyraźniej to się Bogu podoba (bo przecież rodzice dzieci z in vitro są wierzący również, a jakże). ale jedno z drugim nie jest równoznaczne. i czyjaś opinia o in vitro naprawdę nie zmienia jego charakteru moralnego. natomiast skoro osoby dotknięte niepłodnością są, jak same twierdzą, zdolne do tak wielkich poświęceń, do znoszenia cierpień psychicznych i fizycznych, związanych z procedurą zapłodnienia pozaustrojowego, to dlaczego nie są zdolne do poświęcenia innego rodzaju – zaakceptowania swojej niepłodności?


tak zwany ‚about’

Autorka: młoda, wykształcona [no, prawie...], z wielkiego miasta [że ho ho]. prywatnie żona, mamusia, studentka, katoliczka - fanatyczka, zdeklarowana antyfeministka. hobbystycznie artystka - rękodzielniczka, początkująca kucharka, blogowiczka, czytelniczka niemal wszystkiego i masochistyczna poszukiwaczka głupoty [oraz mądrości też]. wytrwała naprawiaczka świata. inka.1987@o2.pl
Lipiec 2012
Pon W Śr Czw Pt S N
 1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
3031  

Blog Stats

  • 1 539 hits